Czy to, że filmy się tak rozpączkowują jest dobre, czy złe, korzystne, czy niekorzystne, to już zależy od ich fanów, gustów widzów, oczekiwań osób oglądających te produkcje. Osobiście lubię chodzić na takie hiciory, klawo jest sobie beztrosko pożuć popcorn, pośmiać się, pokomentować ze znajomymi to, co się ogląda i nie szukać głębi psychologicznej (która czasem jest bardzo potrzebna, ale umówmy się, że oglądając innego typu filmy). Wydaje mi się jednak, że niektórych rzeczy nie powinno się przerabiać, odświeżać, rebootować, sequelować, czy prequelować. Tak jak (nie tak całkiem) dawno temu brytyjski boysband Five nie powinien był pod żadnym pozorem dotykać „We Will Rock You” zespołu Queen, tak, jak pomysł na drugą część znakomitej moim zdaniem „Mumii” Stephena Sommersa był ryzykowny, a za popełnienie trzeciej części ktoś odpowiedzialny za sam koncept filmu powinien chyba dostać zakaz pracy w przemyśle filmowym, tak w 2011 roku zmroziła mnie (i mrozi do teraz) informacja, że planowany jest reboot, a więc opowiedzenie historii zupełnie od początku, „Robocopa” z 1987 roku. Jako totalna fanka oryginału, nie mogę nie zadać sobie pytania : why? (wiem, for money, ale jednak pytam). A to właśnie na tym filmie przećwiczono (i ćwiczyć się będzie) wszystkie wspomniane przeze mnie formy.
„Robocopa” obejrzałam pierwszy raz jakoś w połowie lat dziewięćdziesiątych. Miałam może dziesięć lat i z prawdę mówiąc, nie wiem, czy chciałabym, żeby moje dziecko obejrzało taki film w takim wieku, ale tak to jest jak się w tajemnicy przed rodzicami człowiek nauczy programować magnetowid na nagrywanie filmu z telewizji w środku nocy.
Film mnie po prostu zafascynował, i chociaż do tej pory widziałam go prawdopodobnie ze sto razy (przy czym, przyznaję, zawsze pomijam to, co stało się z Murphy’m), za każdym razem oglądam historię cyborga z Detroit z równą uwagą i zainteresowaniem. Oryginalność pomysłu na pół-człowieka, pół-maszynę chroniącą mieszkańców targanej bezprawiem metropolii, na korporację trzymającą w łapskach wszystko od służby zdrowia po policję, rak przestępczości na niesamowitą skalę toczący obskurne, ohydne miasto, to wszystko do tej pory uważam, za coś, do czego nie doskoczył żaden film z gatunku science-fiction, chociaż minęło prawie trzydzieści lat. Plastyczność filmu, przerażająca wizja, z którą jednak można w jakiś sposób się zidentyfikować, bo nie jest to tak oderwane od rzeczywistości jak podróże w czasie, czy podboje kosmosu, niesamowita muzyka no i dramat głównego bohatera, który im bardziej przypomina sobie swoje ludzkie życie, zaczyna szukać swoich oprawców nie tyle jako funkcjonariusz policji, ale jako człowiek pragnący zemsty za odebrane mu na zawsze życie i za utratę rodziny. Magia filmu Paula Varhoevena polega na uniwersalnym przesłaniu, kapitalnych efektach specjalnych (jeśli ktoś oglądał materiały dodatkowe na DVD wydanym z okazji dwudziestopięciolecia filmu to wie, że pomysłowość specjalistów z tej dziedziny była po prostu bez dna – palona wata aby ED-209 dymił przy strzelaniu, nagrany dźwięk otwieranych drzwi autobusowych za każdym razem gdy Robocop sięgał do kabury, itd.). I tak, tak, Robocop by się policji zwyczajnie nie opłacał z uwagi na horrendalnie drogie części zamienne, chodzi tak głośno, że od razu bandziory usłyszałyby go z daleka, nie ma zapasowych magazynków do broni, okay. Racja. Ale to nie zaprzecza wszystkiemu temu, co napisałam :)
Okazało się jednak, że o ile Clarence Boddicker i jego banda nie dały sobie rady w starciu z Alexem J. Murphy’m, o tyle dwa katastrofalne sequele (w sumie bardziej chyba parodie niż kontynuacje, bo nie wiem jak je inaczej nazwać) i zwyczajnie koszmarne, kompletnie nieoglądalne seriale (w jednym z nich, w miniserii kanadyjskiego autorstwa, Robocop nawet chodzi w płaszczu (!) ) po prostu pogrążyły Murphy’ego (zdawałoby się, że) na amen. Czego tam nie było…jakieś potworne efekty specjalne w drugiej części trylogii, dłużąca się fabuła w trzeciej (w której zresztą okazało się, że OCP sprzedaje miniaturki Robocopa i Eda 209, więc można sobie przestudiować całą budowę robotów i bezbłędnie przygotować się do bezpośredniego starcia…które z Murphy’m chyba nie powinno być zbyt nieprzyjemne, bo, jak się dowiadujemy, można go zwyczajnie wyłączyć pstryczkiem przy skroni), a główny bohater na końcu lata i konfrontuje się z cyborgiem ninją. Przerysowane, wręcz karykaturalne postacie, patetyczne dialogi, po prostu coraz gorzej. Na szczęście nie osłabiło to wszystko pozycji pierwszej części, ale oglądanie serii w złej kolejności może owocować słusznymi uprzedzeniami i niesmakiem. Dla mnie wszystko to, co stało się po pierwszym „Robocopie” a do niego nawiązuje nie istnieje, bo to jakaś jedna wielka pomyłka jest. Apogeum to reklama, którą zamieszczam poniżej... Powiem tak, parafrazując rubasznego jegomościa z "Robocopa", przepraszam, ale ja tego po prostu nie kupuję za dolara…
Kiedy zatem dowiedziałam się, że kręcony jest reboot serii, wywołało to we mnie bardzo mieszane uczucia. Chciałabym, aby nowy film oddał staremu sprawiedliwość, aby był go po prostu godny. Osobiście nie podobają mi się zdjęcia nowego kostiumu, który wygląda jak połączenie Power-Rangers, Iron-Mana i Batmana (kto nie widział, zamieszczam dla porównania zdjęcia starego i nowego kostiumu), ale w obsadzie pojawiają się znaczące nazwiska, m.in. Samuel L. Jackson, Gary Oldman, czy Michael Keaton (ma najlepsze czasy za sobą, jednak to dobry aktor bez dwóch zdań). Mimo wszystko nie mogę pozbyć się uczucia, że to wznowienie jest zwyczajnie niepotrzebne, że tak jak wspomniałam o rzeczach, których się po prostu nie rusza, uważam, że klasyki nie ma co na siłę na nowo przerabiać, wznawiać, ulepszać. Pewnie nowy „Robocop” będzie, z uwagi na możliwości techniczne, szybszy, bardziej dynamiczny, ale nic mi niestety nie zastąpi poklatkowej animacji Eda-209. A jak nie będzie broni chowanej w udzie, to chyba wyjdę z kina. Bo obejrzeć obejrzę. Z ciekawością i trwogą jednocześnie.

