O autorze
"Wszędzie pa­nuje chaos. Ludzie po pros­tu rzu­cają się na wszys­tko w za­sięgu ręki: ko­munizm, zdrową żyw­ność, zen, sur­fing, ba­let, hip­nozę, te­rapie gru­pową, or­gie, ro­wery, zioła, ka­toli­cyzm, pod­nosze­nie ciężarów, podróże, ucie­czkę od rzeczy­wis­tości, we­geta­rianizm, In­die, ma­lar­stwo, rzeźbę, pi­sanie, kom­po­nowa­nie, dy­rygen­turę, wyp­ra­wy z ple­cakiem, jogę, ko­pulację, ha­zard, al­ko­holizm, wędrówki bez ce­lu, mrożony jo­gurt, Bee­tho­vena, Bacha, Buddę, Chrys­tu­sa, sa­mobójstwo, szy­te na miarę gar­ni­tury, podróże od­rzu­tow­cem do No­wego Jor­ku, dokądkol­wiek... Te fas­cy­nac­je zmieniają się nieus­tannie, mi­jają, ula­tują bez śla­du. Ludzie po pros­tu muszą zna­leźć so­bie ja­kieś zajęcia w ocze­kiwa­niu na śmierć. To chy­ba dob­rze, że is­tnieje ja­kiś wybór." Charles Bukowski, "Kobiety"

The Office - satyra na życie biurowe

The Office
The Office google.com
Wczoraj, po nakręceniu dziewięciu sezonów, zakończyła się produkcja amerykańskiej wersji serialu „The Office” („Biuro”). Szkoda.

Nie chcę się skupiać na fabule i specyfice tego przezabawnego serialu stylizowanego na paradokument, bo wiem, że chociaż nigdy nie był „mainstreamowo” puszczany w polskiej telewizji to ma bardzo duże grono fanów w naszym kraju. I wiem, że od momentu odejścia Steve’a Carella z produkcji, jakość „The Office” znacznie spadła, ale skupiając się na walorach stricte kulturoznawczych, ten amerykański odpowiednik brytyjskiego hitu z roku 2001, jest po prostu perełką.



Każdy sezon „The Office” liczył sobie po 24-25 odcinków. Takie wydłużenie fabuły w stosunku do dwu-sezonowego brytyjskiego oryginału, sprawiło, że postacie stworzone w amerykańskiej wersji serialu są dużo głębsze, znacznie więcej o nich wiemy, śledzimy też dalsze ich losy, których brytyjska wersja nie opowiedziała. Pojawiło się też dużo bohaterów, których nie było w brytyjskim pierwowzorze, ale zachowane zostały jednakże klimat i charakter serialu, który, poza walorami czysto komediowymi, odzwierciedla bezbłędnie charakterystykę życia biurowego.

Nieodłącznymi elementami życia bohaterów są spotkania w sali konferencyjnej, gdzie omawiane są mniej lub bardziej ważne sprawy z życia firmy. Zdecydowanie częściej są to te pierwsze, a najczęściej spotkania te są wynikiem problemów i dylematów szefa, Michaela Scotta, który często nie potrafi podjąć żadnej, nawet prywatnej decyzji bez konsultacji z całym zespołem. Michael wykorzystuje też salę konferencyjną do zbiorowego pouczania swoich pracowników i przedstawiania swoich co bardziej absurdalnych pomysłów i planów. Jest on typem szefa, który dosłownie we wszystkim jest w stanie znaleźć walory edukacyjne, np. kiedy pracownicy ignorują jego wyolbrzymione cierpienie związane z poparzeniem sobie stopy, Michael organizuje pogadankę o dyskryminacji osób niepełnosprawnych. Przez życia pracowników przeplatają się zepsute kserokopiarki, zużyte krzesła, plotki przy dystrybutorze z wodą, przyjęcia biurowe organizowane z okazji świąt, czy urodzin, czasem zdarzają się wspólne wyjazdy, konferencje. Regularnie pojawiają się kwestie podwyżek, zwolnień, prowizji. Również tematyka żartów związana jest mocno ze środowiskiem biurowym – wrzucanie komuś spinaczy do kubka na odległość, przenoszenie biurka w inne miejsce pod nieobecność pracownika, czy zatapianie zszywaczy i kalkulatorów w galaretce. Pojawiają się też problemy związane z przemieszaniem się życia prywatnego i zawodowego poszczególnych postaci, które spędzają ze sobą sporo czasu poza pracą, w pubach, klubach, czy w swoich domach na wspólnych imprezach. Wszystko to może nam pokazać, że w dzisiejszych czasach coraz trudniej jest nawiązywać kontakty z ludźmi spoza swojego środowiska pracy. Dunder Mifflin to średniej wielkości firma w średniej wielkości amerykańskim mieście, żaden potentat ani korporacja, a jednak życie jego pracowników zdaje się być całą dobę z nią związane. Czy jest to wyznacznik naszych czasów?

Odcinki „The Office” mogą być śmiało pokazywane na szkoleniach w prawdziwych firmach. Co prawda ciężko je traktować jako filmy instruktażowe, ale w zabawny sposób nakreślają one typowe biurowe sytuacje, które mogą pojawić się w każdej średniej wielkości firmie i mogą pouczać rozbawionych widzów jak danych sytuacji nie rozgrywać i jakich błędów unikać. A jest ich całkiem sporo, bo poszczególne odcinki dotyczą tak typowych dla firm spraw jak wycofywanie wadliwego towaru ze sprzedaży, wprowadzanie sprzedaży internetowej, która poważnie obcina prowizje sprzedawcom, podbieranie klientów konkurencji, kwestie etyki w biznesie, problem wykorzystania nadwyżki budżetowej (zgłosić do zarządu, czy nie?), czy dylematy związane z redukcją etatów. Są też fuzje i zamykanie oddziałów. Co więcej, Dunder Mifflin zaczyna podupadać z powodu recesji, co znajduje swoje odzwierciedlenie w sprzedaży firmy nowym właścicielom i redukcji zatrudnienia. Jest to dowód na to, że twórcy serialu przy tworzeniu całego arsenału sytuacji prześmiesznych i nieprawdopodobnych, dbają jednocześnie o odzwierciedlenie rzeczywistości. Pokazują poważne i zgodne z realiami sytuacje, ale w humorystyczny i zabawny sposób.

O ile wzorowanie się na poczynaniach Michaela i spółki jest dość ryzykowne, o tyle ”The Office” może stanowić znakomity instruktaż dla zespołów wielokulturowych. Bywają wpadki (Michael przerażony widokiem mężczyzny w turbanie idącego do firmy żegna się powoli z życiem, gdy tymczasem ów mężczyzna okazuje się być nowym informatykiem w firmie), ale mimo to środowisko Dunder Mifflin jest przykładem otwartej na religie i wielokulturowość grupy. Jedno z przyjęć bożonarodzeniowych ma motyw przewodni Maroka, są rozmowy o religiach i poglądach. Kiedy Oscar, Meksykanin, homoseksualista, wraca z urlopu, pracownicy szykują mu przyjęcie powitalne godne prawdziwej fiesty z piniatą, tortillą, sombrero i tequilą, a Hinduska Kelly bierze udział w programie edukacyjnym firmy przeznaczonym dla mniejszości. Oglądanie serialu stanowi też znakomitą okazję do poznania amerykańskiej kultury i popkultury. Nad biurem czuwa siedzący na szafce Homer Simpson. Michael bardzo często cytuje gagi z nadawanego od przeszło dwóch dekad programu Saturday Night Live. Pracownicy hucznie obchodzą Halloween, dzień Świętego Patryka, czy Walentynki. Z okazji święta duchów, wszyscy przebierają się za postacie amerykańskiej popkultury najbardziej rozpoznawalne na świecie. I tak poszczególne osoby w biurze były Popey’em, Lady Gagą, Jokerem, Facebookiem, Billem Comptonem (wampirem z serialu „True Blood”), Michaelem Moorem. „The Office” jest zawsze na bieżąco w pokazywaniu zarówno najświeższych jak i klasycznych zjawisk popkulturowych takich jak parcour, lip-dub, ślubny taniec zrobiony na wzór filmiku będącego fenomenem na youtube („JK Wedding” , ponad 50 milionów odsłon) Kiedy na świecie sukces odnosił film „Diabeł Ubiera Się u Prady”, Michael regularnie wchodząc do pracy rzucał Pam swój płaszcz na biurko. Zresztą nawiązań do popularnych filmów jest bardzo dużo. Michael buduje kukłę niczym z filmu „Dzień Wolny Ferrisa Buellera”, żegna się z pracownikami Schwarzeneggerowym „I’ll be back”, pojawiają się cytaty z „Gwiezdnych Wojen”, serii „Szklana Pułakpa” i „Władca Pierścieni”, widzimy pracowników biura obchodzących casual Fridays. Serial wymagła więc od widza śledzenia bieżących wydarzeń, i biegłej znajomości popkultury, bo zaniedbania na tym polu mogą skutkować niezrozumieniem niektórych żartów, czy komizmu sytuacji.

Ponadto, „The Office” warto też z przymrużeniem oka oglądać pod kątem czerpania inspiracji w kontaktach biznesowych zarówno z klientami jak i konkurencją. Michael, który nie sprawdza się w roli szefa, ale jest znakomitym handlowcem, zdobywa lukratywny kontrakt podczas lunchu nie tylko z powodu konkurencyjności Dunder Mifflin, ale przede wszystkim dlatego, że klient spędził z nim wspaniałe popołudnie przy drinku, żeberkach i opowiadaniu sobie biurowych żartów. Jim i Dwight wiedząc, że nie są w stanie przebić oferty cenowej większej firmy, udowadniają niezawodność serwisu obsługi klienta ich firmy, co pozwala im przeciągnąć klienta na swoją stronę. Karen i Phyllis przedłużają kontrakt z klientem, bo wykazują zainteresowanie jego życiem prywatnym. Podglądani przez nas pracownicy oddziału w Scranton, pomimo wiecznego rozgardiaszu i ustawicznego odrywania ich od pracy, doskonale radzą sobie na polu biznesowym, o czym świadczy osiągany przez nich wynik bycia najlepszą placówką w firmie (ku zaskoczeniu dosłownie wszystkich).

Serial „The Office” okazał się fenomenem telewizji na całym świecie. Swoje wersje, poza Amerykanami i Brytyjczykami, mają Niemcy, Francuzi, mieszkańcy Quebecu, Chile, Izraela, Szwecji i Chin. Wydaje się mało prawdopodobne, żeby na tak wielki sukces złożyły się tylko zabawne dialogi i komiczne sytuacje. Kluczem do sukcesu serialu jest to, że w niezwykle trafny sposób opisuje rzeczywistość, w jakiej żyją miliony ludzi na całym świecie. Wszyscy ci, którzy pracują w biurach mogą przytoczyć tuziny przykładów, problemów i doświadczeń podobnych do tych, z którymi mają na co dzień do czynienia pracownicy Dunder Mifflin. „The Office” opowiada(ł) po prostu o życiu, które wiodą zwykli ludzie i robi(ł) to w lekki i naprawdę śmieszny sposób. Serial nie jest tylko komedią, niesie ze sobą sporo przesłań uniwersalnych i jasnych do odczytania we wszystkich krajach, gdzie ludzie pracują w tak specyficznym środowisku jakim jest biuro.

Trwa ładowanie komentarzy...