O autorze
"Wszędzie pa­nuje chaos. Ludzie po pros­tu rzu­cają się na wszys­tko w za­sięgu ręki: ko­munizm, zdrową żyw­ność, zen, sur­fing, ba­let, hip­nozę, te­rapie gru­pową, or­gie, ro­wery, zioła, ka­toli­cyzm, pod­nosze­nie ciężarów, podróże, ucie­czkę od rzeczy­wis­tości, we­geta­rianizm, In­die, ma­lar­stwo, rzeźbę, pi­sanie, kom­po­nowa­nie, dy­rygen­turę, wyp­ra­wy z ple­cakiem, jogę, ko­pulację, ha­zard, al­ko­holizm, wędrówki bez ce­lu, mrożony jo­gurt, Bee­tho­vena, Bacha, Buddę, Chrys­tu­sa, sa­mobójstwo, szy­te na miarę gar­ni­tury, podróże od­rzu­tow­cem do No­wego Jor­ku, dokądkol­wiek... Te fas­cy­nac­je zmieniają się nieus­tannie, mi­jają, ula­tują bez śla­du. Ludzie po pros­tu muszą zna­leźć so­bie ja­kieś zajęcia w ocze­kiwa­niu na śmierć. To chy­ba dob­rze, że is­tnieje ja­kiś wybór." Charles Bukowski, "Kobiety"

Lajkuję, więc jestem.

google.pl
To lajk or not to lajk – oto jest pytanie.

Ikonka lubienia czegoś legitymująca się wizerunkiem kciuka w górę wykroczyła już dawno poza ramy zwyczajnego akceptowania czegoś na Facebooku. Niczym imperialistyczny gest sprzed wieków, niebieski palec jest w stanie strącić link lub post w internetową nicość lub wywindować go do pozycji ogólnie udostępnianego i popularnego wydarzenia i tym samym podreperować wizerunek użytkownika zamieszczającego dane zdjęcie, informację lub piosenkę. Powiedzmy to szczerze: wrzucamy rzeczy na Facebooka i czekamy. Liczymy. Ciekawość nas zżera ile osób to polubi, kto to będzie, kto się skusi na komentarz, a kto udostępni. Ale z tym lubieniem to jednak chyba priorytetowa sprawa. Miara naszej popularności i pozycji. Wyznacznik czy jesteśmy błyskotliwi, czy mamy dobry gust, czy nas lubią. Fajnie jak lajki są. Trzeba przyznać, że trochę szkoda jak nic się nie pojawia. Wówczas użytkownik spróbuje szczęścia raz jeszcze i za jakiś czas znów wrzuci daną rzecz i będzie sondował. Może to nie mnie nie lubią, może to tylko kwestia tego, że zamieszczone pierwotnie było w niedzielę rano? Wówczas ruch na Fejsie jest zrozumiale słaby.



Niedawno pojawiła się reklama sieci Orange z trojgiem osób zachwalających fakt jak to w Internecie mogą być sobą, jak uwielbiają to, że są w sieci popularni, jak to po przekroczeniu dwustu lajków na blogu już nawet przestają liczyć następne. To ich dowartościowuje i, najwidoczniej, nadaje to ich życiu sens. Nie tak dawno o popularności świadczył grubaśny notes telefoniczny. W sumie nawet nie ma co krytykować, wszystko się zmienia, tylko, że paradoks polega na tym, że nie można czegoś nie-polubić. Teoretycznie po prostu można nie klikać, że się lubi, ale to chyba nie jest to samo. Bo brak lajka oznacza brak zainteresowania. A przecież może nas interesować to, co ktoś zamieścił, ale dziwnie to polubić. Koleżanka zamieszcza post „No, to sobie zapalenie oskrzeli wyhodowałam.” 21 lajków. W sensie, że co, że się cieszą, że jest chora? Nie, koleżanka mówi, że to wyraz wsparcia. To nie można napisać „kuruj się”, „współczuję”, albo „rób sobie inhalacje z wyciągiem z pędów sosny”? Byłoby chyba czytelniej. Czy nie? Ale z tym wsparciem to chyba prawda, bo jak kolega zamieścił informację o śmierci wujka, dostał ponad 70 lajków. Kawał drania był z tego wujka, można by pomyśleć. A, nie, zaraz. To wsparcie dla kolegi.

Mam czasami wrażenie, że ludzie lajkują pewne rzeczy niejako z odruchu. Jest post, jest lajk. Nie ma lajka, znajomi, którzy zamieszczają ponaglają w wiadomościach – „widzisz mój post? Niezły, nie?”. Okay, okay, już lajkuję. No. Znów się lubimy. Lajkujemy. Się. I wszystko na około.

No dobra, trochę się znęcam, ale ostatnio oglądając The Daily Show, przysłuchiwałam się jak Ricky Gervais czepiał się Twittera. Że siedlisko głupoty, że ludzie opętani podawaniem postów dalej, retwittowaniem. Powiedział, że zamieścił twttta (zaćwierkał, tak?), że jeśli nikt nie poda tego statusu dalej, to wpłaci 10.000 dolarów na cele charytatywne. W kilka minut miał tysiące retweetów. Pomyślałam, że gdyby zamieścił podobny przekaz na Facebooku z hasłem, że jak nikt nie polubi to przekaże pieniądze, pewnie miałby setki lajków w mgnieniu oka.

Więc jak to jest? Mamy lajkować, żeby być lubianymi, mamy te niebieskie kciuki zbierać jako dowód sympatii, akceptacji, wsparcia? A może by poklepać kogoś po ramieniu kto jest chory, smutny, kto ma problem? A może zadzwonić? Żywotność postów na Facebooku wynosi ponoć od kwadransa do doby. Nasze lajki pod nimi trwają dokładnie tyle. I nie ma później po nich śladu, żadnego. Krótkotrwałe te nasze współczesne sympatie.

No nic, to tyle na teraz. Kończę i…czekam na lajki :)
Trwa ładowanie komentarzy...